Chodziłem do szkoły w latach 1947-1954.

Uczyliśmy się wtedy w drewnianym budynku, który stał w tym miejscu, co teraz jest sklep. W budynku tym były dwie sale i korytarz. Wcześniej jeszcze szkoła u Łyszczarza. Uczyła mnie Pani Sulińska, Młyńska i Pan Malec. W szkole była ogromna ciasnota. Początkowo były cztery klasy, a później wprowadzili siedem.

Do szkoły chodziło się w drewniakach. Tablica była taka na trzech nogach. Pisało się na niej normalną kredą, taką jak teraz. Książki nosiło się w teczkach zbitych z desek. W zimie dobrze jeździło się na nich po lodzie. Normalnie nas oceniali, stopnie były od 2 do 5.

 

       Zeszyt mieliśmy jeden, chyba że kogoś było stać, to miał ich więcej. Klasy były łączone po dwie, trzy i uczyła w nich jedna nauczycielka. Jak były jeszcze cztery klasy, to ten, kto chciał iść dalej do szkoły, musiał powtarzać ostatnią klasę. Do szkoły chodziło się ubranym tak, jak po domu, a w lecie najczęściej na bosaka. Nie było wtedy żadnych rozgrywek, żadnych zawodów tak jak teraz. Pisało się stalówkami, które maczało się w atramencie. W pierwszej i drugiej klasie pisało się ołówkiem.

       Religię mieliśmy u Biedy. Uczył nas ksiądz Ślęk, Ryś i Rzeźmiak. Byli to księża z Limanowej. Dowoziły ich furmanki. W zimie klasy ogrzewane były piecami węglowymi. W klasach było tak po 20, 25, 30 osoby. Poziom nauczania, jak mi się zdaje, był nawet wyższy niż teraz. W drugiej klasie trzeba było umieć tabliczkę mnożenia, czytać i pisać. Jednocześnie jak na Woli była też szkoła na Golcowie, ale tam były klasy od 1-3, a później chodzili do nas, na Wolę. Ale to było już wtedy, jak wprowadzili system siedmioklasowy. Podsumowując, warunki były trudne, ale jakoś się chodziło i nauczyło podstawowych rzeczy. 

notowała: Joanna Krajewska

 

czyste powietrze

szkola prom bezp

dobrze zaprojektowana

odblaksowa szkola

Początek strony